ZIMNA WOJNA już w kinach

Tomek Raczek
3 czerwca 2018 o 05:26 ·
ZIMNA WOJNA w reż. Pawła Pawlikowskiego już w dniu premiery stała się klasykiem kina. Jest doskonała i czysta jak monolit, który niespodziewanie spadł z kosmosu, ignorując ziemskie realia chaosu, szumu i zanieczyszczenia.
Jawi się w dziedzinie filmu tym, czym były rzeźby Michała Anioła, który przekonywał, że rzeźbienie to niezwykle prosta czynność: wystarczy tylko odrzucić z bloku kamienia to, co niepotrzebne i efekt perfekcji zapewniony.
Historia miłości Wiktora (Tom asz Kot), szefa artystycznego zespołu pieśni i tańca „Mazurek” (który do złudzenia przypomina „Mazowsze”) i jednej z członkiń zespołu, Zuli (Joanna Kulig) to ciąg aktów przyciągania i znikania, prowadzących do coraz większych poświęceń, aż wreszcie osiągająca wymiar greckiej tragedii.
Joanna Kulig tworzy kreację kultową. Jest klasyczną femme fatale, ale ten efekt osiąga przy pomocy bardzo współczesnych środków aktorskich. Okazuje się mistrzynią ascetyzmu emocjonalnego. Nie ma u niej niepotrzebnych gestów ani drgnień twarzy. Jest zwykła i szalona zarazem. Tak, zgodnie z sugestiami canneńskich obserwatorów, przypomina trochę młodą Jeanne Moreau, a może też Jennifer Lawrence, ale także - co znacznie bardziej mnie cieszy - styl gry młodej Mai Komorowskiej. Nade wszystko jest jednak sobą - magnetyczną, introwertyczną osobowością, która znienacka potrafi oszołomić albo śpiewem, albo tańcem, albo spojrzeniem. Bo patrzy w oczy tak, że robi się gorąco. Nie od prowokacji - tylko od siły z którą w nas uderza. Bez grymasu, ani wysiłku. I bez zapowiedzi. Ułamek sekundy i jest w nas - robi porządki w naszej duszy, przestawia imponderabilia, wyrzuca zleżałe stereotypy. Nie usuwa ich jednak po cichu, tylko wykopuje przez serce dbając o to, żeby przy tym krwawiło. Jest brutalna i niewinna. Sprawiedliwa i desperacka. Zakochana i załamana jednocześnie. Cierpi i śpiewa. Kocha i rani. Chce być szczęśliwa, choć wie, że nie potrafi.
Rola Tomasza Kota u boku Joanny Kulig to jego życiowe wyzwanie. Wszystko to, czego się nauczył w poprzednich filmach, tu okazało się nieprzydatne. Musiał wymyślić siebie na nowo. Zrobił to skromnie i szlachetnie, bez próby zorganizowania aktorskiego pojedynku. Wiem, pewnie czuwał nad tym Pawlikowski i chwała mu za to. Dlatego wkręcanie się w miłość do Zuli odbywa się u Wiktora na zasadzie spirali - z każdym ruchem głębiej, bez zwracania uwagi na niebezpieczeństwo, rany i bez szans na spełnienie.
Dba o to nieoczekiwany przeciwnik, dyrektor administracyjny „Mazurka”, którego gra Borys Szyc. To komunistyczny karierowicz, któremu brak jakiegokolwiek talentu, ale dzięki umiejętnemu powtarzaniu frazesów o ojczyźnie i klasie robotniczej uzyskuje dostęp do władzy. Było i jest takich wielu. Słowa o patriotyzmie wypowiada retorycznie bo mają one dla niego tylko wartość zaklęcia otwierającego sezam. Oczywiście on też, zwyczajnie po ludzku, chciałby być szczęśliwy. Ale nie będzie! Przekleństwo życia bez miłości zamieni go w nieszczęśliwego człowieka.
Wreszcie Irena, koleżanka Wiktora z czasów organizowania zespołu „Mazurek”. Agata Kulesza gra ją tak intensywnie, że zapamiętuje się każdy jej ruch, każde zawieszenie głosu. Jest dumna. Gdy tylko poczuje się zbędna - znika. Dosłownie! Zostaje mi w oczach kilkusekundowa scena, gdy po pierwszym sukcesie „Mazurka” kokieteryjnie daje do zrozumienia Wiktorowi, że ma ochotę na coś więcej. Dowcipnie, lekko, niezobowiązująco. Gdy nie dostaje odpowiedzi, wyparowuje.
Film Pawlikowskiego można określać na różne sposoby, ale tak naprawdę to jego osobisty poemat o miłości niemożliwej. Przewijają się w nim odpryski znanego nam świata (w zależności od generacji znanego lepiej lub gorzej), nigdy nie skłamane, przeinaczone ani nie uogólnione. Najwyżej sprowadzone do poetyckiej metafory.
Precyzja trafiania w sedno jest miarą jakości pracy Pawlikowskiego. Szanuję go za to i podziwiam.
Zula- Joanna Kulig czasem przywodzi mi na myśl Annę Prucnal (którą świetnie znałem z opowieści, bo wychowywała mnie w szkole jej mama), a czasem Helenę Majdaniec, którą poznałem w Paryżu, gdy występowała w nocnym klubie „Carewicz”. Nie śpiewała wtedy „Bajo bongo”, tylko francuską wersję przeboju Maryli Rodowicz „Jadą wozy kolorowe”, jednak podobnie jak Joanna Kulig w filmie, robiła to wśród strumieni wypijanego szampana. Pamiętam oklaski podpitych gości, liczącą na zapleczu kasę właścicielkę klubu i oczy Heleny. Milczące, mokre, bez pomysłu co dalej.
Oglądając „Zimną wojnę”, śledziłem historię Wiktora i Zuli, ale jednocześnie biegłem w myślach przez płotki własnego życia. Nie znajdując ani w filmie, ani w tej sytuacji fałszu, wpuściłem Pawlikowskiego głęboko, gdzie nikt prawie nie bywa. Nie bałem się skuchy. I jej nie było.
10/10
#zimnawojna #pawelpawlikowski #joannakulig #tomaszkot #borysszyc#agatakulesza