11 SIERPNIA 2019 - XVIX Niedziela zwykła MSZA ŚW. o 11 i 13

Grek Zorba (1964) reżyseria i scenariusz, Mihalis Kakogiannis wg powieści Nikosa Kazandzakisa wydanej w 1946 w Atenach
Alexis Zorbas - Anthony Quinn

 


+ ksiądz Wojciech Czarnowski
 


Powieść przedstawia losy niezwykłej znajomości młodego inteligenta, udającego się z lądu greckiego na Kretę, oraz spotkanego przypadkiem w portowej tawernie Pireusu niemłodego już mężczyzny o bujnej przeszłości. Aleksy Zorba (Alexis Zorbas) zostaje zatrudniony przez narratora powieści jako nadzorca zakładanej przez niego kopalni i razem wyruszają na wyspę. W ten sposób rozpoczyna się wielka przygoda obydwu, zaś kolejne rozdziały książki ukazują czytelnikowi cechy bałkańskiej mentalności, niezniszczalnego optymizmu i dionizyjskiej radości życia. Powieść sugestywnie przedstawia kulturę i obyczajowość mieszkańców Bałkanów, których odmalowuje jako ludzi impulsywnych, ale i życzliwych, kochających muzykę, taniec, śpiew, dobrą zabawę, piękno natury, radość życia, dobrą kuchnię i miłość. Grecja na stronach powieści ukazana jest jako cudowna, ciepła i słoneczna kraina. W narracji często pojawiają się wplecione bałkańskie przysłowia i mądrości ludowe, które tytułowy bohater przytacza niemal w każdej sytuacji. Jego filozofię życiową można sprowadzić do maksymy: "Ciesz się każdą chwilą, bo życie jest tylko jedno".
W powieści można wyróżnić kilka wątków i warstw narracji:
historii nieudanych przedsięwzięć narratora: eksploatacji kopalni węgla brunatnego, próby zbudowania kolejki linowej do transportu ściętych pni drzew z wydzierżawionego od klasztoru lasu;
historii życia Aleksisa Zorby i jego transformacji duchowej – przewijająca się przez całą książkę w postaci wspomnień i opisu bieżących wydarzeń;
traktatu filozoficznego będącego zapisem refleksji narratora powieści nad filozofią Buddy i przede wszystkim konfrontacją z filozofią życia Zorby;
rozważań o śmierci i przemijaniu, towarzyszących dramatycznym wydarzeniom opisanym w powieści: śmierci mnicha Gabriela, starej kokoty Hortensji ("Bubuliny"), Wdowy, mnicha Zachariasza, Stavridakisa (przyjaciela narratora), Zorby;
przyjaźni narratora ze Stavridakisem.

 

Akcja powieści toczy się po zakończeniu I wojny światowej, około roku 1923, o czym można wnioskować z opisu działań repatriacyjnych prowadzonych w Turcji (Kars) przez przyjaciela narratora

Sirtaki (właściwie Sirtáki, lub Syrtáki, grec. συρτάκι) – popularny grecki taniec pseudoludowy, stworzony w 1964 na potrzeby filmu Grek Zorba. Taniec nazywany jest też tańcem Zorby lub po prostu Zorbą. Klimatem i choreografią zbliżony do autentycznych greckich tańców ludowych.

Muzykę filmową napisał Mikis Theodorakis. Łączy ona szybką i wolną wersję tańca chasapiko (grec. Hasápikos, Chasápikos). Początkowe metrum na 4/4 wraz z przyspieszeniem muzyki zmienia się na 2/4.

Sirtaki w odróżnieniu od większości greckich tańców ludowych nie tańczy się w kole trzymając się za ręce. Tancerze sirtaki (według fabuły filmu, na potrzeby którego taniec wymyślono: tylko mężczyźni) tworzą linię kładąc dłonie na ramionach sąsiada.

Sirtaki jest zdrobnieniem od sirtós, nazwy najbardziej tradycyjnego rodzaju ludowego tańca greckiego z akompaniamentem buzuki. Sirtaki, "mały sirtós", jest przeważnie tańczony przez niewielką liczbę tancerzy[potrzebny przypis] i w przeciwieństwie do stałych kroków sirtósa i innych tańców ludowych, dopuszczalna jest improwizacja i kombinacja figur i kroków[potrzebny przypis]. Współcześnie sirtáki jest atrakcją regionalną, graną w tawernach lub dla turystów na tzw. wieczorach greckich w hotelach.


Ks. Wojciech Czarnowski: proboszcz, który na blokowisku wzbudził zapał pierwszej gminy chrześcijańskiej
Historia, którą tu opiszę, zabrzmi jak legenda. Wiem. Ksiądz Czarnowski kupił koparkę, na którą zrobił uprawnienia… Każdy blok jego parafii miał świeckiego proboszcza, a każde piętro wikarego.
Pamięci księdza Wojciecha Czarnowskiego, proboszcza parafii Miłosierdzia Bożego przy ul. Żytniej w Warszawie.
Wspomnienia pierwszych lat życia na zawsze wpływają na obraz świata. Łapię się na tym, że patrzę na Kościół Powszechny z perspektywy małej warszawskiej parafii otoczonej szarym blokowiskiem w latach osiemdziesiątych i tęsknię. Gdyby Kościół Powszechny była taki jak ta parafia – na świecie byłoby o połowę mniej problemów.
Historia, którą opiszę, zabrzmi jak legenda. Wiem. Zazwyczaj prawda jest ciekawsza niż filmowe scenariusze.
Ksiądz Wojciech Czarnowski pojawił się na warszawskim blokowisku, żeby zrobić desant. Desantem zawiadywał oczywiście prymas Wyszyński, ale gdyby coś się nie udało – do odstrzału był komandos – Wojciech. Desant miał polegać na wydarciu komunistycznym władzom miasta działającym w porozumieniu z politycznym Urzędem do Spraw Wyznań, starego, zrujnowanego w czasie wojny, kościoła.
Kościół to nie byle jaki, bo przed wojną modliła się w nim siostra Faustyna Kowalska. Potem przebiegały obok niego mury getta, w czasie Powstania Warszawskiego był świadkiem dramatycznej rzezi Woli a na koniec doszczętnie strawił go pożar.
Po wojnie pobudowano dokoła niego szare bloki. Przez 29 lat w jego wnętrzu powoli rosły drzewa. Kiedy główny architekt miasta zaplanował plantowanie terenu a nieopodal wyrosła baza PKS, do akcji włącza się nasz bohater.

Desant
Z całej świątyni tylko przedsionek posiadał zadaszenie – półtora na półtora metra. Były w nim nawet zamykające się, choć nadpalone drzwi. Wyczekano więc do pierwszej, ciepłej soboty w maju 1973 roku. Sobota była ważna, ponieważ szefowie i zarządzający komunistycznych departamentów kontroli byli, jak to się wtedy mówiło, na daczach.
Do przedsionka wstawiono ołtarz, tabernakulum i rozpoczęto adorację Najświętszego Sakramentu. Miejsca było tak mało, że ludzie klęczeli na zewnątrz, wśród gruzów i przez drzwi patrzyli na hostię. Ksiądz obawiał się interwencji milicji – ale wiedział, że jak dotrwają do niedzieli i zacznie się życie parafialne to trudniej będzie ich usunąć.
Interwencja była dopiero w poniedziałek. Kto jednak zakaże ludziom spontanicznego kultu? Kult ten mimo interwencji władz ciągle się odnawiał. Kolejny etap desantu był na jesieni. W bocznej nawie, którą od strony kościoła dało się ograniczyć improwizowaną ścianą, zostały z przedwojnia metalowe ramy okienne.
Jeden z parafian przygotował szyby zbrojone metalową siatką a ksiądz Wojciech instalował je okiennym kitem. Tego było za dużo. Panowie z Urzędu do Spraw Wyznań zbesztali księdza w biurze a kościół okleili tablicami o zagrożeniu życia i zakazie wstępu.
Rada parafialna nieistniejącej parafii miała poważny problem. Jej decyzja była tyle odważna, co przewrotna. Nakupiono desek, którymi pozabijano co się tylko dało, wieszając wszędzie informacje o respektowaniu zakazów. Deskami zabijano wszystko poza przedsionkiem i boczną nawą, w których wciąż nielegalnie zbierali się ludzie. Tak w tajemnicy rosła parafia.
W nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę naciągnięto na kościół gigantyczną płachtę z folii ogrodniczej, jaką wykorzystuje się do uprawy papryki. Ludzie zjawili się rano na święcenie pokarmów a uśmiechnięty proboszcz tej podziemnej parafii czekał na nich z miednicą pełną jaj na twardo.
Pod stopami chrzęścił piach, nad głową łopotała folia a w Niedzielę Zmartwychwstania szła pierwsza procesja rezurekcyjna. Kilka tygodni później na wizytację przyjechał Prymas Wyszyński. Tak powstała parafia Miłosierdzia Bożego, chociaż jego kult jeszcze nie był oficjalnie dozwolony.

Pro Memoria
Pod datą 21 maja 1974 r. Prymas Wyszyński po pierwszej wizycie w kościele na Żytniej zapisał:
Kaplica, spalona w czasie wojny, dotąd nieodbudowana, bez dachu i sklepienia, została przykryta dachem celofanowym przez ks. Wojciecha Czarnowskiego. […] Wygłosiłem Słowo Boże, w którym starałem się dodać ducha ludziom, którzy własną pracą […] doprowadzili do tego, że wnętrze zarośnięte drzewami stało się użyteczne. […] Stąd zaprowadzono nas do domu dolnego.
Zebrało się ponad 150 osób. Nie mogłem początkowo zorientować się o co idzie. Na stołach przykrytych obrusami stoją talerze z bochenkami przekrojonego chleba czarnego, szklanki i spodeczki z musem jabłkowym. […] Jemy chleb z musem i pijemy herbatę […] Wśród tych ludzi czuje się zapał „pierwszej gminy chrześcijańskiej”. Toteż siedzimy dość długo, snując projekty. M.in. pada pytanie o miejsce „kultu Miłosierdzia Bożego” – na co udzielam zwięzłej odpowiedzi.
Kiedy następnego dnia ksiądz Czarnowski w podziękowaniu za wizytę Prymasa odwiedził go w Kurii Warszawskiej – od któregoś z pomniejszych kurialistów otrzymał mocną reprymendę. Bo jak można potraktować Prymasa czarnym chlebem i powidłami. Przez ponad dwadzieścia następnych lat, ten zestaw kulinarny nazywany „daniem prymasowskim”, będzie uświetniał w parafii wszystkie oficjalne uroczystości.

Budowanie
Nowy proboszcz nie miał zamiaru się stąd ruszać. Spał więc na początku w stolarni, bo i tak pracował do późna w nocy a na drewnie się znał. Potem przeniósł się do stróżówki, następnie do kurnika – czyli do schowka na ziarno dla kur u rezydujących blisko sióstr zakonnych.
Kiedy w parafii rozpoczął się remont z prawdziwym rozmachem – zamieszkał w baraku. Dopiero po wielu latach w murowanym budynku, który razem z całą parafią mozolnie budował. Była to poważna budowa, a nie były to czasy, żeby dało się wynająć firmę.
Ksiądz Czarnowski więc w porozumieniu z Episkopatem Polski kupił koparkę, na którą zrobił uprawnienia. Poza tym, że całe dnie kopał fundamenty dolnego kościoła, najmował się z koparką do prac na mieście, czym dorabiał na budowę parafialną. Dziedziniec, co już dobrze pamiętam, roił się od ludzi, którzy nosili cegły, jeździli z taczkami, przerzucali łopatami piach. Budowali. Może tego nie widzieli, ale budowali przede wszystkim sami siebie jako społeczność. Od początku wiedział to proboszcz.

Nie ma bloków – są domy
Parafianie, którzy już w czasach podziemnych byli dobrze zorganizowani – zorganizowali się jeszcze lepiej i praktyczniej. W każdym bloku mianowano świeckiego proboszcza. Na każdym piętrze wikarego. Grupą domów zawiadował dziekan a nad całym osiedlem czuwał biskup. Ta struktura sprawiła, że żywy impuls z wielkiego domu, jakim był kościół – szedł pod betonowe strzechy z prędkością światła.
Właśnie – dom. Mimo iż było to betonowe miasto, nikt nie mówił tu o blokach – używano słowa „dom”. Nie mówiono też o klatkach – co najwyżej o „kondygnacjach”. Nawet „Dom parafialny” stał się „Domem parafian”.
Na początek z większości praktyk parafialnych wyeliminowano pieniądze. Nikt nie sprzedawał tam opłatków i wody święconej. Bo jak chleb i woda może w ogóle coś kosztować? Zaradny proboszcz kupił więc maszyny do produkcji opłatków. Już od listopada kolejne ekipy parafian dyżurowały przy maszynach.
Potem wspólnie opłatki święcono modląc się z wszystkich mieszkańców domów. Na końcu proboszcz odwiedzał każde domowe piętro, na którym jeszcze w stanie wojennym śpiewano kolędy i dzielono się czym się w tych biednych czasach dało. Po pasterce wszyscy jak stali w kościele – dzielili się opłatkiem odnajdując wokół siebie starych i nowopoznanych znajomych.
Efektem tego w windach, na korytarzach i w mieszkaniach już przez cały rok ożywały rozmowy i zawiązywały się znajomości. Pieniędzy nie brano też od nowożeńców. Poza tym taca z mszy zawsze była im przekazywana na nową drogę życia. „Jeśli ktoś ma być czymś tego dnia obdarowany – to na pewno nie parafia tylko nowożeńcy!” – mówił ksiądz Czarnowski.
Ksiądz generalnie był obecny w życiu swoich parafian. Przez nikogo nie zapraszany jeździł na ich pogrzeby parafialnych rodzin, na cmentarze. Nikt nie woził go samochodem. Jeździł sam, czasem komunikacją miejską, a jak było dalej, to i PKS-em.

Artyści
Pomieszczenia wybudowane z rozmachem wokół kościoła szybko zostały opanowane przez artystów. Nie było w tym ekscentryzmu, była jakaś ogromna społeczna empatia. Był to czas komuny i stanu wojennego. Podczas gdy twórcy bojkotowali galerie, teatry i sale koncertowe – dostali w świeżutkich, obszernych pomieszczeniach parafialnych metry kwadratowe i sześcienne.
Zjeżdżali więc najlepsi plastycy na ogólnopolskie wystawy z Krakowa i z Warszawy. Gintrowski grał koncerty z Łapińskim a w salach parafialnych wyświetlano filmy, które pożyczało się z ambasad. Lektor i zarazem tłumacz, na żywo tłumaczył kwestie parafianom zgromadzonym w podziemnym kościele.
Ba, niektórzy artyści w ogóle zamieszkali w tych pomieszczeniach i założyli tam swoje pracownie. Wszystkim tym zarządzali ludzie – mieszkańcy blokowiska, którzy byli tam niekwestionowanymi gospodarzami a każde spotkanie, nawet to z najbardziej wyrazistym „ą” i „ę” kończyło się daniem prymasowskim.
Pewnego dnia do proboszcza przyszli Ernest Bryll z Andrzejem Wajdą z propozycją wystawienia w kościele autorskiej sztuki teatralnej w najlepszej, jaką można by sobie w Polsce wymarzyć, aktorskiej obsadzie. Proboszcz się zamyślił… chwileczkę… muszę zapytać parafian.
Czy ksiądz wie, z kim ksiądz rozmawia? Zapytał skonfudowany Bryll? Czy Pan wie, w jakim jest pan miejscu? Odpowiedział ksiądz Wojciech – tu jest parafia… Parafianie się zgodzili więc Wajda z Bryllem w Wielki Piątek 1985 roku wystawili „Wieczernik” – spektakl o nadziei i wolności.
Janda, Olbrychski, Kolberger, Machalica, Malajkat i wielu innych wystąpili na scenie – czyli we wciąż nieotynkowanym, wypalonym wnętrzu kościoła, między dwoma gigantycznymi kolumnami podtrzymującymi niebo. Kolumny podtrzymywały niebo, ponieważ foliowy dach został w końcu zamieniony na… szklany. Do dziś mnie to zadziwia. Zamiast gapić się w sufit, parafianin gapił się w niebo. Chmury, słońce, w końcu błyskawice – jedną z nich bardzo dokładnie pamiętam – obserwowało się podczas niedzielnej liturgii.

Cena
Ksiądz Czarnowski płacił jednak cenę za odwagę. Ciągano go po urzędach politycznych i chodził na przesłuchania – komunizm nie odpuszczał. Znalazł się na liście niewygodnych księży razem z księdzem Jerzym Popiełuszką, z którym zresztą się znał i u którego bywał.
Pomysł księdza Wojciecha na parafię był jednak inni niż pomysł księdza Popiełuszki. Nie solidarnościowy świat pracy – a świat zwykłych ludzi, mieszkańców, parafian. Może nie było to dla agentów SB aż tak ważne. Cegły na grób księdza Jerzego przywiózł ksiądz Wojciech Czarnowski z parafialnej budowy.
Ekumenizm
W 1986 roku Jan Paweł II organizował w Asyżu przełomowe spotkanie międzyreligijne. Przybyli tam przedstawiciele wielu religii na wspólną modlitwę o pokój. Spotkanie takie odbyło się w tym samym czasie w parafii na Żytniej.
Artyści pomogli stworzyć w licznych pomieszczeniach parafialnych kaplice poszczególnym religijnym denominacjom. Nie było to działanie na pokaz. Trwała tam żywa modlitwa. Nie tylko prawosławni i ewangelicy… Również hinduiści, buddyści, muzułmanie… lista była długa.
Wszyscy oni byli obecni pod szklanym dachem, przez który przeświecało niebo dziwiąc się zapewne, że coś takiego ma miejsce wśród szarych bloków na przeciętnym osiedlu w Warszawie. „W Asyżu nie było wtedy dalajlamy a na Żytniej był!” – podkreślał z zadowoleniem ksiądz Wojciech.

Wolność
W ślad za artystami i ekumenizmem na Żytnią przybyła myśl wolnościowa. W 1987 roku odbył się tu międzynarodowy kongres z wiązany z Deklaracją Helsińską, która orzekała o prawach człowieka, szczególnie ciemiężonego w ustroju komunistycznym.
Mimo ustrojowego bojkotu i dyplomatycznych oraz milicyjnych blokad, zjechały się telewizje z całego świata. Kongresmeni siedzieli w futrach i swetrach, bo było zimno. Grzały na szczęście kozy a wieczorami jak zawsze parafianie podawali czarny chleb z musem jabłkowym.
Był to pierwszy międzynarodowy kongres w powojennej Polsce, który nie był organizowany pod komunistyczną flagą. Co do wolności, w 1988 roku w parafii na Żytniej Lech Wałęsa powołał swój Komitet Obywatelski, który wygrał wybory w 1989 roku. Ksiądz Wojciech wspominał potem jego rozterki polityczne, kiedy na parafii jadał z nim kolacje. Zapewne czarny chleb z musem jabłkowym.
Miłosierdzie
Kiedy artyści i politycy znaleźli sobie miejsce w przestrzeniach wolnej Polski po 1989 roku, odeszli. Natura nie znosi jednak próżni. Ulice Warszawy wypełnione wolnością, zapełniły się szybko również biedą i bezdomnością. Żytnia ruszyła im więc na pomoc!
Jeszcze przed reaktywacją Caritas w Warszawie, przed programami socjalnymi i psychologicznymi, ksiądz Czarnowski, razem z parafianami rozpoczął patrolowanie ulic. Szybko parafialne budynki zamieniły się w schronisko dla bezdomnych mężczyzn „Przystań”.
Poza nim stworzono także schronisko dla bezdomnych kobiet „Malwa”, także łaźnię i bar charytatywny. Jednak skąd na to wszystko środki? Parafianie, organizując się w grupy i w dyżury, rozpoczęli z kwestą kurs po warszawskich kościołach.
W barze „Tylko z darów miłosierdzia” dymiła zupa a na stołach stały rzędami menażki. Kiedy miałem piętnaście lat, roznosiłem tą zupę do domów sędziwych, zagubionych w tym świecie ludzi. Niech mi ktoś powie, że papież Franciszek odkrył Miłosierdzie!

Epilog
Ksiądz Wojciech Czarnowski odszedł za dekretem prymasa Glempa z parafii na Żytniej w 1997 roku. Jego następca szybko otynkował kościół.
Budynki parafialne zamienione w schronisko dla osób bezdomnych – przekazano z urzędu Caritas. Między bezdomnymi a kościołem, przez środek dziedzińca postawiono mur.

Koniec
Wiem, że nie opisałem nawet połowy zdarzeń godnych zapamiętania. Zresztą, zgodnie z logiką księdza Wojciecha, im mniejsze, bardziej kameralne wydarzenia, dotykające serc konkretnych ludzi, tym ważniejsze.
Dopiero dziś zaczynam rozumieć, jaką dostałem lekcję Kościoła. Może z tego powodu nie mogę nigdzie znaleźć miejsca. Sądzę, że prawdziwy Kościół to ten, który pamiętając o każdym człowieku, nie zakorzenia się w świecie, ale pociąga świat za sobą.
Dziś w parafii Miłosierdzia Bożego przy Żytniej, do której potem wielokrotnie wracał, odbywa się pogrzeb księdza Wojciecha Czarnowskiego. Mam nadzieję, że jak każdy prorok, zostanie po czasie zrozumiany i że ktoś pójdzie jego drogą.
 



11 SIERPNIA 2019  Niedziela - XVIX Niedziela zwykła   (Mdr 18, 6-9)
Noc wyzwolenia oznajmiono wcześniej naszym ojcom, by nabrali otuchy, wiedząc dobrze, jakim przysięgom zawierzyli. I lud Twój wyczekiwał ocalenia sprawiedliwych, a zatraty wrogów. Czym bowiem pokarałeś przeciwników, tym wsławiłeś nas, powołanych. Pobożni potomkowie dobrych składali w ukryciu ofiary i ustanowili zgodnie Boskie prawo, że jednakowo te same dobra i niebezpieczeństwa podejmą święci, i już zaczęli śpiewać hymny przodków.
(Ps 33 (32), 1 i 12. 18-19. 20 i 22)
REFREN: Szczęśliwy naród wybrany przez Pana
Sprawiedliwi, radośnie wołajcie na cześć Pana,
prawym przystoi pieśń chwały.
Błogosławiony lud, którego Pan jest Bogiem,
naród, który On wybrał na dziedzictwo dla siebie.
Oczy Pana zwrócone na bogobojnych,
na tych, którzy oczekują Jego łaski,
aby ocalił ich życie od śmierci
i żywił ich w czasie głodu.
Dusza nasza oczekuje Pana,
On jest naszą pomocą i tarczą.
Panie, niech nas ogarnie Twoja łaska,
według nadziei pokładanej w Tobie.
(Hbr 11, 1-2. 8-19)
Bracia: Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. To dzięki niej przodkowie otrzymali świadectwo. Dzięki wierze ten, którego nazwano Abrahamem, usłuchał wezwania, by wyruszyć do ziemi, którą miał objąć w posiadanie. Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie. Dzięki wierze przywędrował do Ziemi Obiecanej, jako ziemi obcej, pod namiotami mieszkając z Izaakiem i Jakubem, współdziedzicami tej samej obietnicy. Oczekiwał bowiem miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg. Dzięki wierze także i sama Sara, mimo podeszłego wieku, otrzymała moc poczęcia. Uznała bowiem za godnego wiary Tego, który udzielił obietnicy. Przeto z człowieka jednego, i to już niemal obumarłego, powstało potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie, jak niezliczone ziarnka piasku na wybrzeżu morza. W wierze pomarli oni wszyscy, nie osiągnąwszy tego, co im przyrzeczono, lecz patrzyli na to z daleka i witali, uznawszy siebie za obcych i gości na tej ziemi. Ci bowiem, co tak mówią, wykazują, że szukają ojczyzny. Gdyby zaś tę wspominali, z której wyszli, znaleźliby sposobność powrotu do niej. Teraz zaś do lepszej dążą, to jest do niebieskiej. Dlatego Bóg nie wstydzi się być nazywanym ich Bogiem, gdyż przysposobił im miasto. Dzięki wierze Abraham, wystawiony na próbę, ofiarował Izaaka, i to jedynego syna składał na ofiarę, on, który otrzymał obietnicę, któremu powiedziane było: "Z Izaaka będzie dla ciebie potomstwo". Pomyślał bowiem, iż Bóg mocen jest wskrzesić także umarłych, i dlatego odzyskał go, na podobieństwo śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.
Aklamacja (Mt 24, 42a. 44)
Czuwajcie i bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
(Łk 12, 32-48)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę. Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie". Wtedy Piotr zapytał: "Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?" Pan odpowiedział: "Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w sercu: Mój pan się ociąga z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; surowo go ukarze i wyznaczy mu miejsce z niewiernymi. Ów sługa, który poznał wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie poznał jego woli, a uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą".

11 SIERPNIA 2019  - XVIX Niedziela zwykła MSZA ŚW. o 11 i 13